Niespodziewany atak zimy

No i się porobiło... po pluchowatej, ale całkiem znośnej jesienio-zimie, gdy już zacząłem rozważać zmianę poglądów na tzw. globalne ocieplenie i rozpocząłem pierwsze wiosenne prace, nagle i niespodziewanie niczym ruski czołg z tak zwanego nienacka, pojawiła się zima. Pojawiła się i według prognoz ma trwać do połowy marca. Zima o tej porze roku to prawdziwa katastrofa. Brzmi to idiotycznie, bo przecież mamy właśnie zimę, niestety część roślin nic o tym nie wie. Dla nich to raczej przedwiośnie, słońce wysoko i całkiem nieźle grzeje. Ale niech tylko zajdzie. Natychmiast robi się mroźnie. Najbardziej mogą ucierpieć rośliny posadzone w ciepłych, zacisznych miejscach, tak często zalecanych jako lokalizacja dla wszelkich ogrodowych "delikatesów". W takich miejscach dobowa amplituda  może wynosić nawet 30 stopni. I nic tu nie pomogą włókniny i cieniówki i takie tam nowoczesne wynalazki.

Jedyne rozwiązanie to, moim zdaniem, solidna warstwa naturalnej materii organicznej  i to bynajmniej nie po to, żeby roślinom było cieplej. Wręcz przeciwnie, izolujemy aby się zbytnio nie nagrzewały. W takich sytuacjach świetnie sprawdza się słoma od wieków wykorzystywana do wyplatania mat ogrodniczych. Niestety słoma z kombajnu się nie nadaje, a kosą nikt już nie kosi. No i nikt też nie młóci zboża cepem, a tylko  to gwarantuje odpowiednią jakość słomy. Na  szczęście podczas jesiennych porządków na jednej z działek pozyskałem sporo traw ozdobnych, w tym miskanta olbrzymiego. Upletliśmy więc maty i teraz są jak znalazł. Zabezpieczylem co wrażliwsze rośliny w  ukończonym wiosną ogrodzie, a zwłaszcza pnącza posadzone pod ścianą wystawioną na południowe słońce. Jeśli temperatury nie spadną poniżej -20, powinno być dobrze. Martwi mnie tylko zupełny brak śniegu, nie ma nic gorszego dla roślin niż tzw. gołomróz. Pozbawione śniegowej kołderki, przypiekane słońcem i kąsane mrozem nawet całkiem odporne rośliny mogą nie doczekać wiosny.