Początek roku to najlepsza pora na porządki w starszych, nieco "przerośniętych" ogrodach. Można do woli przycinać, formować, a nawet wycinać to, co nazbyt się rozrosło. Niskie temperatury powodują, że większość patogenów jest nieaktywna, a co za tym idzie nawet większe rany po wyciętych konarach są bezpieczne. A do wiosny zadziała system obronny i nawet mocno przycięte drzewa bezstresowo zabliźnią wszystkie uszkodzenia. Szczególnie jest to ważne u gatunków, które mają zwyczaj popłakać sobie po wiosennym cięciu takich jak grab, orzech włoski, klony, a zwłaszcza największa "płaczka " - brzoza. Zanim ruszą soki rany przyschną i roślina uniknie stresu. Jeśli jest to możliwe, staram się tak przycinać gałęzie, aby zostawić kikut (tzw. tylec), który może nie jest estetyczny, ale powoduje, że powierzchnia rany jest mniejsza. Wydłuża się też droga, jaką musi przebyć ewentualny patogen zanim dotrze do pnia. Takie cięcie naśladuje naturę: jeśli gałęzie łamią się, to zazwyczaj w pewnej odległości od pnia. Po 2-3 latach taki tylec już zaschnięty można bezpiecznie usunąć.

Zimowe cięcie ma jeszcze jedną zaletę: unikamy niszczenia bylin, dewastacji trawników i ogólnie odczucia, że niszczymy ogród. Zwłaszcza warstwa śniegu znakomicie zabezpiecza powierzchnię ogrodu. Stosunkowo krótki dzień i nisko wiszące słonce pozwalają realnie ocenić, jak bardzo niektóre drzewa oddziałują na inne zabierając im światło. Latem kiedy jest więcej światła, mamy wrażenie że w ogrodzie jest widno i rośliny "jakoś sobie radzą ". Teraz nawet laik widzi jak wiele cienia potrafi dać jedno nadmiernie rozrośnięte drzewo.

Poniżej prezentuję historię 3 dni zmagań z 24 letnim ogrodem, który od kilkunastu lat nie zaznał piły, a i sekatorem operowano nader oszczędnie. Skutek był łatwy do przewidzenia - piękny i dobrze zaprojektowany ogród, został całkowicie zdominowany przez kilka dużych drzew. Teren był nieomal całkowicie zacieniony, trawniki zniszczone przez mech, a wiele cennych, ale mniej ekspansywnych roślin wegetując na krawędzi przetrwania straciło pokrój i urodę.

Zaczęliśmy od usunięcia klku drzew i mocnej redukcji koron tych, które postanowiłem pozostawić w ogrodzie. Redukcja polegała na obniżeniu ich wysokości, przerzedzeniu i skróceniu konarów oraz usunięciu martwych gałęzi. W trakcie cięcia drzew odkryliśmy i odsłoniliśmy kilka nieomal zagłuszonych cisów i krzewów liściastych, które po przycięciu i doświetleniu dostały szansę na drugie życie. Zupełnie nieplanowanym efektem wycięcia i skrócenia wysokich, tworzących ścianę świerków było odsłonięcie i wyeksponowanie kilku drzew na sąsiednich działkach.

Kolejnym zadaniem było skrócenie nadmiernie wyciągniętych żywotników (strzyżenie będzie możliwe dopiero wiosną ),  prześwietlenie i oczyszczenie z martwych gałązek ledwie żywych cyprysików odm. Bouleward i "szkieletowe" cięcie cisowego żywopłotu. 

Efekt naszej pracy to przywrócenie ogrodowi właściwych proporcji, doświetlenie roślin, trwałe (mam nadzieję ) zahamowanie rozrostu drzew. No i produkty uboczne jakieś 3-4 metry sześcienne drewna i 3 samochody wyładowane gałęziami, które trzeba jeszcze zutylizować